×

Wywiad: Mateusz Paszenda, autor książki „W cieniu starcia totalitaryzmów. Losy Górnoślązaków w XX wieku”

Wywiad: Mateusz Paszenda, autor książki „W cieniu starcia totalitaryzmów. Losy Górnoślązaków w XX wieku”

Przedstawiamy wywiad z Mateuszem Paszendą, którego nowa książka opisuje codzienność wojenną i powojenną Górnego Śląska w pamięci najstarszych mieszkańców w latach II wojny światowej.

Mateusz Paszenda, "W cieniu starcia totalitaryzmów. Losy Górnoślązaków w XX wieku"
Mateusz Paszenda, „W cieniu starcia totalitaryzmów. Losy Górnoślązaków w XX wieku”

Książka do nabycia na stronie wydawcy [LINK]

Kod promocyjny dla czytelników wiekdwudziesty.pl: wiek 

Marcin Mokrosiński, wiekdwudziesty.pl (MM): Mateuszu, na początek mam prośbę o krótkie opisanie nowej książki dla potencjalnych czytelników.

Mateusz Paszenda (MP): Publikacja opowiada o pierwszej połowie XX wieku na Górnym Śląsku i przedstawia życiorysy grupy żyjących tam wówczas osób o różnym poczuciu tożsamości narodowościowej. Główną siłą tej pozycji jest właśnie to, że poczucie tożsamości poszczególnych bohaterów publikacji jest naprawdę różne. Jest na przykład tożsamość narodowościowa osób, które czują się tylko Polakami, są też takie, które czują się tylko Ślązakami czy kolejne, które czują się Niemcami. Są również żyjący w swoistego rodzaju miksie, tym narodowościowym tyglu górnośląskim. To jest dużą siłą książki, że na tych 11 respondentów każdy z nich przedstawia inny obraz tego poczucia tożsamości.

Od strony organizacji treści, książka składa się z dwóch zasadniczych części. Pierwsza z nich to część wspomnieniowa wraz z moim komentarzem historycznym. W tym miejscu staram się przedstawić materiał źródłowy w postaci wspomnień zgodnie ze sztuką historyczną poprzez opatrzenie go autorskim komentarzem. W tym celu posługuję się opracowaniami naukowymi. Druga część książki dotyczy już typowo historii powszechnej od czasów średniowiecznych na Górnym Śląsku po okres roku 1945 i zakończenia drugiej wojny światowej.

Mateusz Paszenda
Mateusz Paszenda

MM: Kogo twoim zdaniem może najbardziej zainteresować ta książka?

MP: Wydaje mi się, że ta książka jest odpowiednia dla osób zainteresowanych historią. Górny Śląsk jest jako region miejscem styku różnych koncepcji narodowościowych i kultur. Dzięki temu jest po prostu ciekawym miejscem na ziemi i warto się zaznajomić z historią tego obszaru.

MM: Tak, tym bardziej, że w mojej opinii to jest cały czas temat w Polsce nie do końca zrozumiany, czyli obszary styków kultur, narodowości czy grup etnicznych. Przykładem są kwestie narodowościowe czy to Śląska, czy tereny dawnych Prus, obecnego Pomorza. Mam wrażenie, że cały czas w mediach widać brak świadomości i zrozumienia dla złożonych losów mieszkańców tych terenów. Przykładem może być słynna przed wielu laty sprawa „dziadka Donalda Tuska w Wehrmachcie”, co obrazuje swoiste piętno nadawane dla osób, które w czasie wojny służyły w armii niemieckiej. Chociaż w większości służba odbywała się przymusowo i z poboru, to pokutuje opinia niemal zrównująca taką służbę z dobrowolną kolaboracją. Myślę, że twoja publikacja jest wartościowa dzięki temu, że pokazuje, iż wojenne losy mieszkańców omawianych terenów nie są proste, nie są zerojedynkowe i nie ma tutaj bieli i czerni.

MP: Tak, ja też się z tym stwierdzeniem zgadzam, bo historia nie jest czarno-biała. Zwróćmy uwagę na takie regiony jak Pomorze Zachodnie, Wielkopolska, ówczesny Kraj Warty, region prowincji górnośląskiej. Właśnie tam obowiązywał pobór wojskowy, było to przymusowe i od tego przymusu poboru w zasadzie nie było ucieczki. Jedyną alternatywą i ucieczką przed tym to był albo obóz koncentracyjny, albo kara śmierci. Ewentualnie do obozu szła część twojej rodziny, w niektórych przypadkach cała rodzina, a ty i tak musiałeś ostatecznie trafić „w kamasze”. Jest to historia tragiczna.

Okręg Rzeszy Kraj Warty (Reichsgau Wartheland) (1939 - 1945)
Okręg Rzeszy Kraj Warty (Reichsgau Wartheland) (1939 – 1945)

MM: Tak, te historie często były bardzo tragiczne. Między innymi właśnie o tym w twojej nowej książce możemy przeczytać. Jednak pozwolę sobie wspomnieć, że jest to rozwinięcie, drugie wydanie twojej poprzedniej publikacji. Czy mógłbyś naszym czytelnikom przypomnieć tytuł swojej pierwszej książki i krótko scharakteryzować różnicę między pierwszą, a drugą?

MP: Pierwsza książka była typowym przedrukiem mojej pracy magisterskiej, miała nawet taką samą strukturę, ale z rozwinięciem kilku kwestii. Tytuł tamtej książki i zarazem mojego debiutu historycznego, to: „Codzienność wojenna i powojenna Górnego Śląska w pamięci najstarszych mieszkańców”. Teraz książka będzie nosiła tytuł: „W cieniu starcia totalitaryzmów. Losy Górnoślązaków w XX wieku” i przede wszystkim ona jest książką o całkowicie zmienionej strukturze.

Nadal pozostaje 11 relacji, jednak tym razem zostały dostosowane do odbiorcy ogólnopolskiego. Poprzednia książka nawiązywała de facto do tej bardzo żywej kultury językowej Śląska. Jednakże razem z wydawnictwem Pomost poddaliśmy to wszystko obróbce redakcyjnej, ale w naszej ocenie nadal ten śląski duch został zachowany. Wszystkie słowa, jakie zostały napisane po śląsku i po niemiecku zostały objaśnione.  Niektóre wątki historyczne, które nie wymagały aż tak obszernego komentarza, również zostały wyjaśnione, ale tym razem tylko i wyłącznie w przypisach, jeśli trzeba rozwijam tam pojęcia, jak np. Niemcy nadwołżańscy itd. Przechodząc już do nowości stricte historycznych to przedstawiono okres napoleoński na Górnym Śląsku, a był to dość istotny epizod w dziejach Europy.

Następnym nowym dodanym elementem jest opis miasta garnizonowego Racibórz. Racibórz był miastem garnizonowym od roku 1741 do roku 1919. W Raciborzu m.in. stacjonowały wojska 63. Pułku Piechoty i elementy 2. Śląskiego Pułku Huzarów nr 6 Graf Gotzen. Jeszcze wcześniej stacjonowały tam wojska 12. Pułku Kirasierów. Racibórz jako miasto garnizonowe był również istotny biorąc pod uwagę opisane w książce losy ludzi z powiatu raciborskiego i jego pogranicza. Znacznie szerzej zostały potraktowane także losy II Cesarstwa Niemieckiego, dlatego że od momentu jego powstania tj. 18 stycznia 1871 r. w Europie Zachodniej powstało państwo o największej liczbie ludności w tym rejonie Starego Kontynentu. Powstanie Zjednoczonych Niemiec niosło ze sobą szereg konsekwencji dla procesu dziejowego i objęcie tronu przez Wilhelma II sprawiło zainicjowanie wyścigu zbrojeń i wybuchu Wielkiej Wojny. Tym razem to i wiele więcej wydarzeń zostało lepiej nakreślone i to również czynnik sprawiający, że po tą publikację warto będzie sięgnąć.

MM: Czy planujesz kolejne publikacje książkowe?

MP: Na pewno chciałbym się zajmować dalej historią, czy to właśnie na tej niwie publicystycznej, czy też popularnonaukowej, jest to ciekawe hobby, a czy będzie kolejna książka tego jeszcze nie wiem.

MM: Odnośnie działalności popularyzatorskiej, czy po publikacji swojej książki też brałeś udział w spotkaniach dotyczących historii? Żeby poopowiadać trochę  o tym, co się lokalnie działo w miejscowościach, regionach, o których pisałeś?

MP: Tak brałem udział w takich spotkaniach, gmina Lyski właśnie pod tym względem bardzo prężnie działa i dzięki gminie Lyski też ta pierwsza publikacja powstała. Włodarze gminy byli zainteresowani tym, żeby  historię lokalną na jej terenie opowiadać.

MM: Chciałbym wrócić do przyczyn, genezy powstania Twojej publikacji. Skąd zainteresowanie taką tematyką i pomysł na publikację? Jak już powiedziałeś,  była to twoja praca dyplomowa na studiach, natomiast ja wiem z doświadczenia, że od pracy dyplomowej do publikacji jest daleka droga. I ciekawi mnie bardzo, jak to się stało, że takimi tematami się zainteresowałeś.

MP: Już w dzieciństwie interesowałem się tą tematyką ze względu na to, że do mojego dziadka przychodziło dużo kolegów. Nie dość, że interesowali się historią, to nie byli tylko jej świadkami, ale również aktywnymi uczestnikami i walczyli na frontach.

I właśnie ja tą historię lubiłem chłonąć. Później polubiłem też gry komputerowe. Strzelanki typu Medal of Honor, Call of Duty i te wszystkie początkowe części, które odwoływały się bezpośrednio do drugiej wojny światowej. Jako młody chłopak bardzo chłonąłem te treści. Interesowały mnie również filmy wojenne, zresztą, do teraz tak jest. „Kompanię braci” oglądałem już kilka razy. Później serial „Pacyfik”. Następnie grałem w gry typowo strategiczne, wojenne.

Później przyszedł okres studiów. Jestem po studiach pierwszego stopnia pedagogiki resocjalizacyjnej, z kolei drugiego stopnia pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej. Na tych studiach pierwszego stopnia poznałem bardzo fajną panią profesor Danutę Raś, którą z tego miejsca również pozdrawiam. I właśnie profesor Danuta Raś zabroniła mi pisać planowaną pracę na temat kary śmierci i jej wpływu na społeczeństwo.

Pani profesor powiedziała mi, że ja w życiu nie mogę pisać o takim temacie. Kara śmierci po prostu w żaden sposób nie odpędza tych największych zbrodniarzy od popełniania najcięższych przestępstw i niech się pan tym tematem nie zajmuje. Proszę pana, pan jest Ślązak, pan ma pisać o Śląsku. Jest to teraz już ostatni, dziejowy czas, żeby pan sobie zbierał te wywiady. No i de facto dzięki profesor Raś zostałem zobowiązany do tego, żeby właśnie podjąć tą tematykę.

Moja praca licencjacka nazywała się „Przeżycia wojenne mieszkańców Śląska”. Również już z tymi badanymi, którzy są opisani w obecnej publikacji, nawiązałem kontakt, ale zadawałem inne pytania. Te pytania oczywiście miały dużo, mniej głębi. Jednak pracując nad licencjatem poczułem, że chciałem historię zgłębiać, więc zacząłem czytać. Pierwszą książkę, jaką w ogóle otrzymałem jako prezent od rodziców, to było pod choinkę w roku 2017 i był to Norman Davies i jego „Europa walczy”. Od tego zaczęła się moja przygoda.

Z kolei na studiach drugiego stopnia poznałem kolejnego fajnego, pana profesora Edwarda Nycza. I pan profesor Nycz również po prostu zgodził się na temat, który tym razem ja podałem, a on go zmodyfikował. I tym tematem był właśnie tytuł tej pierwszej książki, która była moim debiutem: „Codzienność wojenna i powojenna najstarszych mieszkańców w pamięci Górnego Śląska”.

Z panem Nyczem współpraca układała się bardzo pomyślnie. Pamiętam kiedy w czasach COVID-u podczas pracy zdalnej zadzwonił do mnie zapytać, jak przebiega praca. Podczas wideorozmowy za jego plecami zauważyłem poskładany model pancernika niemieckiego SMS König.

Zapytałem: Panie profesorze, pan tam ma König’a? A on tak,  bo ja lubię modele, składam i tak dalej i kilka posiadam. Odpowiedziałem, że tam mój pradziadek był telegrafistą. No i tak od słowa do słowa, jeszcze bardziej się pan profesor w moją pracę magisterską zaangażował.

Udało się ją napisać w ciekawy sposób. I to było powodem do tego, że mogła powstać moja debiutancka publikacja. No i de facto, gdyby nie ci dwaj naukowcy, których spotkałem na etapie pierwszego i drugiego stopnia, no to nie byłbym w tym miejscu, w jakim jestem.

SMS König, źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna
SMS König, źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

MM: Bardzo, bardzo ciekawa, historia. A skąd sam kierunek studiów? Widzę u ciebie bardzo duże zainteresowanie historią. Nie myślałeś o studiach typowo historycznych?

MP: Historia jako zainteresowanie doszła na studiach pierwszego stopnia i ze względu na temat pracy licencjackiej ponownie ten płomień zapłonął. A studia I stopnia podjąłem na takim kierunku, dlatego że w pierwotnym zamyśle miałem podjąć pracę w więziennictwie, jednak w toku trwania studiów zdecydowałem, że nie jest to droga dla mnie.

MM: Wspomniałeś już o tym, że autorem pierwszej książki, która rozpoczęła Twoją przygodę z zgłębianiem historii, był Norman Davies, legendarny autor. Czy są jacyś inni autorzy, publicyści, czy popularyzatorzy, z którymi miałeś kiedyś się spotkać, i są dla Ciebie wzorem, czy inspiracją?

MP: Oczywiście, że są tacy autorzy. Moją wypowiedź musiałbym podzielić na takie trzy sekcje. Pierwsza z nich będzie dotyczyć autorów lokalnych. I tutaj jeśli chodzi o autorów lokalnych, to bym wymienił panią śp., Agnieszkę Rusok. Pani Rusok jest też właśnie jedną z osób badanych przeze mnie i ona napisała ciekawą publikację na temat swojej wioski. Zrealizowała to w bardzo ciekawy sposób. Książka zawierała mnóstwo zasłyszanych lokalnych historii oraz bardzo wiele wątków z historii powszechnej. Naprawdę jeśli chodzi o publikacje lokalne, to jest to książka na bardzo dobrym poziome.

Następnie chciałbym jeszcze wymienić pana doktora Piotra Sputa, który bardzo interesująco przedstawiał właśnie losy garnizonowego miasta Racibórz i losy Raciborza, ziemi raciborskiej podczas I wojny światowej. Również jest tam bardzo szeroka i ciekawa analiza, która pokazuje erudycję autora, będącego w stanie pisać o temacie lokalnym, ale bardzo pięknie i zręcznie nawiązuje do tej właśnie dużej historii. Ma przy tym bardzo sprawny aparat naukowy i ciekawy język.

Następnie już ostatnim autorem lokalnym, którego chciałbym wymienić, jest na pewno dr Jan Krajczok, który zbadał osobę, a w zasadzie biografię Józefa Benedykta Połednika. Był to właściciel dóbr ziemskich, który w Lyskach założył fundację. Ta fundacja lysecka była instytucją, która zajmowała się samotnymi kobietami, które nie miały utrzymania lub też były sierotami. Była to na tyle znana instytucja w XIX wieku, że każdy w Austrii, Prusach i późniejszych Austro-Węgrzech i Cesarstwie Niemieckim wiedział, gdzie Lyski są.

Kolejną sekcją byłby poziom ogólnopolski. Chciałbym tutaj wymienić doktora Krzysztofa Raka, który doskonale pisze na temat polityki Polski w dwudziestoleciu międzywojennym, opisując relacje polsko-niemieckie do dwudziestolecia i czasów II Rzeczpospolitej i III Rzeszy. Kolejnym autorem będzie profesor Król i profesor Kucharczyk. Następnie pan doktor Kamil Kartasiński, który jest redaktorem merytorycznym mojej nowej książki. Napisał on bardzo ciekawą publikację na temat żołnierza Wehrmachtu, gdzie połączył historię lokalną z tą historią dużą, tą globalną. No i na sam koniec zostawiłem pana profesora Ryszarda Kaczmarka, który o I połowie XX wieku na Górnym Śląsku napisał całą doskonałą trylogię.

Wśród innych znaczących dla mnie badaczy mogę wymienić doktora Łukasza Przybyło, Richarda Evansa, podpułkownika Roberta Forczyka, profesora Bogdana Musiała.

Członkowie Volkssturmu na Śląsku, 22 luty 1945. Źródło: Bundesarchiv, Bild 183-J28718 / Schmitz/Sieg / CC-BY-SA 3.0

MM: Czy podczas zbierania wywiadów, materiałów, pojawiły się jakieś przeszkody?

MP: W zasadzie muszę powiedzieć, że jako takich trudności nie spotkałem. Zawsze trafiałem na ludzi otwartych i serdecznych, szczególnie z mojego środowiska lokalnego. Chętnie dzielili się tymi wspomnieniami. Wydaje mi się, że w ogóle mieli oni w sobie taki duży ładunek emocjonalny, którym chcieli się podzielić. Bardzo dużo tych osób mnie znało i wydaje mi się, że ci ludzie już mieli takie poczucie misji dziejowej, że jeśli oni tego nie powiedzą teraz, to nie powiedzą tego nigdy.

Wydaje mi się, że trafiłem na dobry czas, że podjąłem ten temat i że podszedłem do tych konkretnych ludzi i zapytałem o możliwość wywiadu, no bo naprawdę każda z tych osób bardzo się starała mi każde zdanie, każdą historię, każdą anegdotę przedstawić. Jestem im za to bardzo wdzięczny, że poświęcili mi czas, bo to naprawdę była wielka rzecz i cieszę się, że udało mi się utrwalić właśnie te relacje tego odchodzącego, milczącego pokolenia. Niestety wiele tych osób, które badałem  już z nami nie ma.

Bardzo duży wpływ na to, że ci ludzie się ze mną dzielili wspomnieniami, miało to, że u nas na tym Górnym Śląsku jednak funkcjonuje też proces długiego trwania. My i moja rodzina na tych ziemiach przebywamy już bardzo długo. Znamy się z pokolenia na pokolenie. Pewne pokolenia ludzi nawiązywały ze sobą przyjaźnie i tak dalej. Znały mojego pradziadka, dziadka. Pamiętały, jak to wyglądało. No to jak ty jesteś wnuczkiem Ernesta Paszendy, no to my ci chętnie opowiemy. I w zasadzie na tym się to opierało. Ponadto takim łącznikiem pomiędzy tymi pokoleniami była też znajomość śląskiego.

My na tych spotkaniach nie rozmawialiśmy ze sobą, ale my ze sobą godali. Z tymi ludźmi w ten sposób udało się nawiązać taki kontakt. Może nie tyle bezpośredni, no bo tutaj zawsze się trzeba zwracać z dużym szacunkiem i w godce właśnie występują takie słowa-wytrychy, które o tym szacunku mówią.

Mianowicie do osoby starszej nie mówi się pani czy panie, tylko u nas to tak zawsze było, że trzeba było „dwojać”, co wyście tam wtedy robili i tak dalej, albo nawet „trojać”. Ale tego „trojania” to de facto już nawet ja nie znam, bo „trojać” ludzie przestali już kilkadziesiąt lat temu. Na przykład pokolenie mojego ojca czy mojej matki to musiało do swoich dziadków właśnie się w ten sposób zwracać „trojając”. I to „trojanie”, to „dwojanie” powodowało to, że podchodziło się do ludzi z szacunkiem, znało się te zasady komunikacji językowej śląskiej i to też ułatwiało właśnie nawiązywanie tej rozmowy.

Wiedzieli, że oni powierzają te swoje tajemnice osobie, która faktycznie jest Ślązokiem, zna od kuchni te wszystkie doświadczenia kulturalno-historyczne, które się ze Śląskiem wiążą i po prostu rozumie sposób myślenia tych osób, bo Ślązacy mają to do siebie, że są nieufni. Ta nieufność wiązała się właśnie z doświadczeniami historycznymi, dlatego że Śląskość miała zostać całkowicie wyrugowana po roku 45 z przestrzeni publicznej i de facto wyrugowana z tej przestrzeni publicznej została. Ci, którzy używali godki w sferze publicznej, czy też w szkole na lekcjach, po prostu byli bici.

Byli uważani za Niemców, nauczyciele to tępili, a po roku 89, kiedy Polska jest już wolna, można o tym temacie swobodnie mówić, można po śląsku godać, nikomu to teraz nie przeszkadza. Ja mogłem podejmować z tymi ludźmi takie tematy, ciężkie z tego względu, że po prostu byłem swój.

MM: Czy dla ciebie łatwiejsze było zbierać te wywiady od osób zupełnie obcych, czy od osób znajomych, znanych Tobie, od osób z rodziny? Czy może jakieś trudności powodowało to, że ktoś bliski miał Ci coś opowiedzieć, czy to budziło blokadę w tych osobach?

MP: W zasadzie takie rozróżnienie nie istniało, z tego względu, że jeśli chodzi o moją bliską społeczność lokalną, każdy wiedział, że u Paszendów podczas II wojny światowej było najgorzej. Każdy z udzielających wywiadów opowiadał wszystko to, co się zdarzyło, no bo historia mojej rodziny była dość tragiczna, podczas II wojny światowej, i jest powszechnie znana. Przede wszystkim starsi mieszkańcy wiedzieli, co się tutaj stało i co się stało na łonie mojej rodziny, tutaj nie było problemu, żeby mi opowiedzieć. Te osoby, mając taki duży bagaż życiowy na sobie, wiedziały, że jeśli nie powiedzą teraz wszystkiego, to już drugiej okazji może nie być, bo drugi raz ktoś z dyktafonem nie przyjdzie i nie zapyta, co się stało i nie utrwali tych świadectw.

25 luty 1945. Niemieccy grenadierzy w Niwnicach na Dolnym Śląsku. Źródło: Bundesarchiv, Bild 183-H26395 / CC-BY-SA 3.0

MM: Masz nadal kontakt z osobami, czy ich rodzinami, z którymi rozmawiałeś? Czy to zbudowało jakieś właśnie nowe kręgi Twoich znajomych właśnie na podstawie tego, że te relacje trzeba zbierać?

MP: Udało się nawiązać bardzo dobre relacje z badanymi, a z niektórymi nawiązać nawet i przyjaźnie do końca życia, gdyż niektóre osoby umarły w toku trwania całego procesu tworzenia publikacji. Będę im wdzięczny za to, że mogłem stać się powiernikiem ich tajemnic, było to poruszające.

MM: Jakie było Twoje największe wyzwanie w pracy nad debiutancką książką?

MP: Największym wyzwaniem było sprostanie wymaganiom: czytelników, społeczności lokalnej i osób badanych. W zasadzie wszystkie te relacje są bardzo dogłębne, bardzo refleksyjne w swoim wydźwięku, a popsucie ich z mojej perspektywy byłoby niewybaczalnym błędem.

Zbyt płytki, merytoryczny przekaz naprawdę bardzo by to wszystko pokaleczył, ale uważam, że właśnie udało się materiał źródłowy w postaci wspomnień i mój historyczny komentarz połączyć. Miałem największą obawę, że ja ten wielopoziomowy przekaz relacji świadków zdarzeń zbyt mocno uproszczę.

MM: W mojej ocenie doskonale się to udało.

MP:  Dziękuję bardzo za te słowa, ale niech czytelnicy ocenią, jak poszło tym razem.

MM: Jak wyglądał odbiór Twojej pierwszej książki przez czytelników?

MP: Odzew był bardzo dobry pozytywny i ogromnie mnie to cieszy, że ci ludzie tak bardzo docenili tą moją pracę.

To w zasadzie było dla mnie tak nobilitujące, tak fajne, tak szczere, że było to aż dla mnie niezwykłe. Jednym z takich właśnie niezwykłych spotkań było spotkanie chłopaka w wieku 9-10 lat, który tę książkę dorwał z tego względu, że tam również były opisane losy jego prababci.

Powiedział krótko:  Super książkę pan napisał, naprawdę super pan robotę zrobił, jest tam opis mojej prababci. A babcia, która mu towarzyszyła jego słowom wtórowała. Także to były dla mnie bardzo ważne słowa, bardzo pokrzepiające.

MM: Jak wyglądał sam proces wydawniczy twojej debiutanckiej publikacji? Książka została wydana nakładem lokalnej biblioteki, nie była to publikacja skierowana na rynek ogólnopolski. Czy nie próbowałeś wydać jej w wydawnictwie o zasięgu dystrybucji na terenie całego kraju?

MP: Myślę że współczesny rynek działa na zasadzie medialności nazwiska. Nie ukrywajmy, ja nigdzie nie pojawiałem się poza tym, że gdzieś tam opublikowałem swoje artykuły popularnonaukowe na kilku stronach. Był to m.in. Kurier Historyczny, czy też na grupach tematycznych, takich jak II Wojna Światowa w Kolorze. Z tego miejsca pozdrawiam prowadzących wspomniane projekty, które objęły również patronatem medialnym moją nową publikację.

I moim zdaniem duże wydawnictwa takimi debiutami nie są w żaden sposób zainteresowane, bo opiera się to na medialności, której nie miałem. A tutaj, mój maszynopis pracy magisterskiej, którą zaręczałem się poprawić, przekazałem ówczesnemu wójtowi Gminy Lyski, panu Grzegorzowi Grytowi. Był on zainteresowany życiem i historią społeczności lokalnej. Pasjonował się historią. Zresztą jego ojciec, z tego co pamiętam, również służył w Wehrmachcie i wójt był tym tematem żywo zainteresowany.

Przekazałem mu ten maszynopis pracy magisterskiej, ucieszył się, ale zaznaczył, że my to wydamy, ale musi to być dobre. Przeczytał ten maszynopis pracy magisterskiej bardzo szybko, po czym zadzwonił, i powiedział, to jest bomba, ja to chcę, ja to biorę. To zmotywowało mnie do mojej pracy nad tym, żeby ten materiał jeszcze poprawić.

Tak więc, dzięki gminie Lyski udało mi się wypłynąć na te szersze wody. Bez wkładu pana wójta ówczesnego Grzegorza Gryta i ówczesnej pani kierownik biblioteki w Lyskach, pani Aurelii Oklesińskiej, nie udałoby się tej książki wydać.

MM:  Jak wyglądało rozpoczęcie twojej współpracy z obecnym, nowym wydawcą kolejnej książki?

MP:  Wiedziałem, że skoro jest pozytywny odzew po tej pierwszej książce, to po prostu rozesłałem moje portfolio do wydawnictww i czekałem na feedback. Miałem kilka informacji zwrotnych, ale najbardziej konkretne w swojej formie i w swoich propozycjach było wydawnictwo Pomost. W wydawnictwie Pomost pracuje również pan redaktor merytoryczny dr Kamil Kartasiński, którego znam z kontaktów w Internecie, więc wybór musiał być oczywisty i tak jako autor „zasiliłem szeregi wydawnictwa”.

Opublikuj komentarz