Fragmenty książki „Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol”

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka przedstawiamy wybrane fragmenty książki Błażeja Torańskiego pt. „Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol”. Nasz portal objął patronat medialny nad publikacją.

Eugenia Pohl

Latem 1943 roku Zygfryd Żurek pracował z grupą chłopców w ogrodzie przy pieleniu. Powietrze przeszył przeraźliwy krzyk. „Pol złapała (…) jakiegoś chłopca, który miał czerwone oznakowania na ubraniu” – opisywał. Obserwował to z odległości dwudziestu metrów. Wachmani Eugenia Pol i Edward August „chłopca tego złapali za nogi i głową w dół topili go w beczce (przeciwpożarowej). Wpychali go i wyciągali razem, gdyż August go trzymał i zanurzał do beczki, a Pol przytrzymywała (…), jak był zanurzony (…) głową w dół, to woda wylewała się nawet i pryskała (…). Razem go topili (…). Gdy chłopiec się rzucał, to Pol go wpychała. Oboje – i August, i Pol – śmiali się przy tym. (…) Wyciągnęli go, August rzucił go na bok, na ziemię, koło tej beczki i odszedł razem z Pol (…). Chłopiec został utopiony (…). Leżał (…) przy tej beczce aż do wieczora. Bez ruchu. Więźniowie zanieśli go do trupiarni (…). Do szopy, gdzie składano zwłoki”. Żurek był także świadkiem, jak Eugenia Pol innego więźnia „osobiście zabiła kopaczką”. „Kopaczką wyrywał trawę. Podeszła do niego Pol, coś mu powiedziała, a potem widziałem, jak wyrwała mu tę kopaczkę z ręki i ostrzem jej zaczęła bić go po całym ciele i po głowie (…). Upadł po pierwszym uderzeniu w głowę, a Pol biła go dalej i wyzywała »du szweine« (…). Kilka minut  na pewno się tak nad nim znęcała (…). Jak odchodziłem, to on jeszcze leżał”. „Najgorsza była ta trójka: August, Bayer i Pol” – ocenia. Nie ma wątpliwości, że wachmanka „była dziką bestią”. Bogdan Borowski, rocznik 1933, nazwał ją sadystką, „zgagą” i „zgryzotą”. Podczas procesu, wskazując na Eugenię Pol w ławie oskarżonych, powiedział: „Trzęsę się, bo nie mogę tej zgryzoty widzieć” oraz „Denerwuję się, że polski wymiar sprawiedliwości tak się bawi, że taka zgaga na świecie żyje”. Dla Zygmunta Kaźmierczaka była „ostatnim gadem”: „Wcale nie miała litości”. Jego uderzyła szpicrutą „dwa razy przez łeb” za to, że pobiegł za wozem, który przyjechał z miasta. Miał nadzieję, że jakąś kromkę dostanie. W obozie najbardziej wspierały się rodzeństwa. Wiosną 1944 roku Jan Prusinowski zdobył kawałek chleba. Aby się nim podzielić z siostrą Krystyną, umówił się z nią konspiracyjnie za latryną. Kiedy nakryła ich Genowefa Pohl, rozbiegli się do baraków. Janek miał pecha, wachmanka podstawiła mu nogę i zaczęła kopać po czole. Krew ciekła mu z twarzy – opowiadał – stracił przytomność. Świadomość powróciła mu w karcerze. Leżał na wilgotnym betonie.

Sadystka

O wachmance Janusz Prusinowski mówi zdecydowanie: „Była po prostu sadystką. Znęcała się nad chłopcami i nad dziewczętami (…). Nieraz dziewczynki nosiły kotły, to popychała je i kopała”. O dwuletnich dzieciach w obozie: „Znęcała się nad tymi dziećmi (…). Były popychane, uderzane głową o cement, brane za nóżki i uderzane głową o ścianę. W obozie mówiono, że takie rzeczy robi Pol i Bayer. Głośno było o tym”. Wypadków śmierci na terenie obozu Janusz Prusinowski nie zna, ale słyszał o wycięciu jednemu z więźniów scyzorykiem jądra. Przypisuje się to Edwardowi Augustowi. Zygmunt Kaźmierczak także zabijania i śmierci nie widział, ale wie, że „wypadków śmiertelnych było dużo”: „Trupy widziałem”, „Widziałem zastrzelonego chłopca na płocie koło ubikacji”, „Na drucie został zastrzelony, gdy uciekał”. Ten przypadek potwierdza Marianna Kowalewska (w obozie Sroczyńska): „Widziałam nieżywego chłopca i mówiono, że był zastrzelony przy próbie ucieczki”. Czesława Werner, rocznik 1930: „Widziałam, jak Pol przed dziecięcym blokiem toczyła nogami kulę śnieżną, z której wystawały nogi. Jak się później dowiedziałam (…) »bawiła« się w ten  sposób zwłokami dziewczynki, która zmarła z głodu. (…) Tocząc kulę śnieżną ze zwłokami dziewczynki, śmiała się, zupełnie tak, jakby to sprawiało jej olbrzymią radość. Z kuli, o której mówiłam, Pol ulepiła bałwana. Bałwan ten stał przed barakiem dziewczęcym (…) około dwóch, trzech dni”.

Polskie dzieci więzione w Dzierżąznej – filii obozu w Łodzi. Na fotografii widoczna Genowefa Pohl. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

Polskie dzieci więzione w Dzierżąznej – filii obozu w Łodzi. Na fotografii widoczna Genowefa Pohl. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

Głód

Głód przesłaniał świat. Jedzenie było przedmiotem rozmów, marzeń i snów. Na śniadania i kolacje dzieci dostawały po kawałku suchego czarnego chleba, rzadko na czubku noża odrobinę marmolady i kubek gorzkiej kawy zbożowej. Zwykle była to lura gotowana na kasztanach. Na obiad chochla zupy uwarzonej na szpinaku lub zgniłej brukwi, na koninie, ale bez mięsa. Trafiały się kości i obierki ziemniaków. Na dnie metalowych misek robaki, dżdżownice, pogięte gwoździe, piasek. W karcerze, bunkrze wypełnionym po kostki wodą, pożywieniem były chleb i woda. „Na obiad były zupy z brukwi, z jakichś chwastów, kapusty. Zupy kraszone były glistami” – opisuje Maria Jaworska. Stanisław Owczarzak jadł kiedyś zupę, w której pływały gąsienice. Wyrzucał je z miski, co dostrzegł przechodzący obok gestapowiec Kirchol. „Czego tego nie jesz, to jest polski tłuszcz” – usłyszał od niego. „W zupie były robaki, gwoździe, korzenie (…). Ziemniak ze skórą był luksusem. Jak do chleba dali marmoladę, to było wielkie święto. 3 razy była marmolada i raz twarożek z robakami” (Leokadia Dzbanuszek). Jan Woszczyk: „Racje żywnościowe były głodowe. Nawet w Oświęcimiu była kostka margaryny, a tu nic (…). Wyżywienie składało się ze znikomej ilości niepłukanych i zgniłych ziemniaków, kapusty, brukwi, zmieszanych z piachem, robactwem, gąsienicami”. „Kiedyś dostaliśmy do jedzenia twaróg z robakami i Polowa powiedziała, żeby jeść, bo to Wigilia. Myśmy wybierały robaki i ze łzami w oczach jadłyśmy” – wspomina Eugenia Wódka. Dzieci w obozie zjadały wszystko. Nie było myszy, szczurów, wróbli, a jeśli z kotła wylała się zupa – co widziała Stefania Szafrańska, w obozie krawcowa – zlizywały ją z ziemi. „Pijany esesman, mieszając zupę w kociołku, wylewał na ziemię. Wygłodniałe dzieci (najmłodsi chłopcy) rzuciły się i zaczęły jeść z ziemi. Rozwścieczony esesman kopał i bił te dzieci” – zeznała Genowefa Świstak-Herman. Świniom hodowanym w obozie więźniowie podbierali z koryta parujące ziemniaki. Wysypisko śmieci przyciągało ich niczym Witajcie w piekle 26 szczury i muchy. Wygrzebywali z niego spleśniały chleb. Kradzione warzywa podpiekali na paleniskach pod baliami z praniem. Gertruda Skrzypczak: „Dzieci były tak głodne, że obgryzały sobie ręce”. Stanisław Mikołajczyk, obozowy fryzjer: „Dzieci z głodu niknęły w oczach”. Salomea Fraś-Jeleń: „Zwierzęcy głód, który nie dawał spać, nie dawał żyć”. Kiedy Mieczysław Tomczak, pisarz i buchalter z folwarku w Dzierżąznej, raz odwiedził obóz przy Przemysłowej, zauważył, jak dzieci wyskrobywały z kotła resztki jedzenia. „Takie dosłownie szkielety i chłopcy ci wybierali przylepione do brzegów kotła kawałki botwinki”. Esesmani drwili z zagłodzonych dzieci. Sycili się ich cierpieniem. Raz zapytali na apelu, kto jest głodny. Zgłosiła się Maria Pawłowska, bo nie jadła od trzech dni. Z chłopców wystąpił Ryszard Czernik. „Podano nam po jednej żywej myszy na nitce i kazano zjeść” – Pawłowska do dzisiaj wzdryga się na myśl o tym. Pamięta swoje obrzydzenie i zdziwione spojrzenia współwięźniarek. Zaczęła jeść. „Wtedy jeden z gestapowców zaczął się śmiać i powiedział: »Świnia by nie zjadła żywej myszy, a ty jesz«”.

Bochenek chleba za uciekiniera

Z tego piekła dzieci próbowały uciekać. Pragnienie wolności było silniejsze od bólu, głodu, cierpienia, upokorzeń. Próby podejmowali chłopcy. Najczęściej nocą. Jednym z desperatów był Edward Gąsiorek. Maria Wiśniewska-Jaworska szacowała wtedy jego wiek na osiem lat. Po ośmiu dniach obozowi strażnicy zauważyli, że w nocy ktoś podbiera zmagazynowaną żywność. „Domyślili się, że chłopiec ukrywa się na terenie obozu, i rzeczywiście. Ukrywał się nad kuchnią, na jakimś strychu. Schwytali go, osadzili w karcu i codziennie robili apel całego obozu”. Była to demonstracja siły i poniżenia. Przed szeregiem małoletnich więźniów Edek przechodził w kajdankach na rękach. „Potem musiał kłaść się na stole – opisywała Maria Wiśniewska-Jaworska – i jeden esesman wymierzał mu karę 20 batów. Trwało to tak przez kilka dni. Chłopiec ten podobno uciekał kilkakrotnie,  lecz zawsze go łapali, ponieważ nie mógł wydostać się z obozu”. Według wspomnień kilku więźniów Gąsiorek został zastrzelony. „Ten chłopiec został w karcu powieszony za nogi i tak wisiał” – wspomina Zofia Szope. Dodaje, że esesman Alfred Hausch, wskazując na zastrzelonego, ostrzegał dzieci, że też tak zginą, jeśli będą uciekać

Opublikuj swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*