Historia Roja

Historia Roja

„Historia Roja” to pierwszy film fabularny, który podejmuje próbę opowiedzenia na nowo historii zmagań o kształt powojennej Polski. Jak Jerzemu Zalewskiemu udało się wywiązać z tego zadania?

Żołnierze Wyklęci, czyli członkowie tzw. drugiej konspiracji skierowanej przeciwko rządom komunistycznym w Polsce i Związkowi Radzieckiemu, w ostatnich latach szturmem zdobyli miejsce w kulturze i popkulturze polskiej, nie zawsze z aprobatą historyków, a czasem wbrew oczywistym faktom. Środowiska prawicowe upatrują w Wyklętych bohaterów, których chętnie umieszczają na swoich sztandarach; pojawiają się publikacje naukowe, popularnonaukowe i publicystyczne, wystawy i rekonstrukcje historyczne im poświęcone – Wyklęci nie są już nieznani.

Historia Roja, fot. materiały prasowe

Historia Roja, fot. materiały prasowe

Niepokoić w tym trendzie może dowartościowywanie Narodowych Sił Zbrojnych i formacji pokrewnych na przekór faktom i wbrew naukowej rzetelności. Odbywa się ono w atmosferze groźnego buczenia na ludzi zadających niewygodne pytania (zwłaszcza jeśli dają one niewygodne odpowiedzi). Środowiska narodowo-radykalne starają się przeciąć wszelką dyskusję argumentem patriotycznym. Ich zdaniem, kto ośmiela się rzucić cień na herosów podziemia niepodległościowego, ten opowiada się po stronie ich prześladowców z PPR, UB, MO, KBW i NKWD. Sytuacja jest więc paradoksalna, bowiem mamy w ostatnich latach do czynienia z kreowaniem i podsycaniem dziwacznego tworu ideologicznego, jakim jest antykomunizm bez komunistów, skierowany nie przeciwko członkom i sympatykom PZPR (bo tych już nie ma), lecz ich ”ideologicznym spadkobiercom”. Przy odrobinie złej woli może zostać do tej grupy zaliczony każdy, kto jest przeciwnikiem obozu narodowo-patriotycznego.

„Historia Roja” jest pierwszym filmem fabularnym, który przewartościowuje opowieść o pierwszych latach powojennych w Polsce. Zamiast wzorem dawniejszych obrazów pokazywać członków partyzantki antykomunistycznej jako zmanipulowanych desperatów („Popiół i diament” czy „Nagrody i odznaczenia”), a samą walkę przeciwko nieuchronnym zmianom historycznym w Polsce Ludowej jako bezużyteczną i z góry przegraną, wznosi im pomnik jako bojownikom przegranej, lecz słusznej sprawy. Kwestią dyskusyjną pozostaje, czy zastępowanie dzielnych żołnierzy i milicjantów oczyszczających kraj z „band reakcji” dzielnymi partyzantami likwidującymi wszelkiej maści „czerwonych” to zmiana (a może nawet „dobra zmiana”) w świadomości historycznej, której byśmy sobie życzyli.

Western Patriotyczny

Film opisuje losy Mieczysława „Roja” Dziemieszkiewicza, związanego z Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym, który w momencie zakończenia II wojny światowej ma dwadzieścia lat. Wkroczenie wojsk radzieckich do Polski nie oznacza dla niego bynajmniej końca wojny. W dramatycznych okolicznościach „Rój” trafia w szeregi Ludowego Wojska Polskiego, skąd dezerteruje na wieść o śmierci brata, zabitego przypadkowo przez żołnierzy radzieckich. „Rój” po powrocie w rodzinne strony wybiera drogę mściciela, z której nie ma już odwrotu. Jako partyzant, a potem dowódca oddziału NZW, pozostaje w ukryciu i kontynuuje wojnę podjazdową przeciwko komunistycznym władzom oraz służbom bezpieczeństwa bez względu na cenę i konsekwencje, aż do tragicznego końca.

Jerzy Zalewski w sposób swobodny potraktował zebrany materiał historyczny, podporządkowując go wizji artystycznej i płynności narracji. Oczywiście ma do tego prawo, toteż wymienianie odstępstw fabuły filmu od rzeczywistego przebiegu wydarzeń właściwie nie ma sensu. Pozwolę sobie tylko wskazać charakterystyczny przykład relacji między fikcją a faktami w „Historii Roja”. W filmie mamy okazję oglądać proces pokazowy dowódcy okręgu XVI NZW w latach 1947-48, Józefa Kozłowskiego, ps. „Las”, który rzeczywiście się odbył w Ostrołęce 24-26 kwietnia 1949 roku. W filmie przy okazji tego procesu następuje cały szereg zdarzeń mniej lub bardziej absurdalnych. Wśród publiczności miga nam twarz „Roja” przebranego za kobietę. Trudno sobie wyobrazić, żeby dowódca oddziału miał w ten sposób narażać się na dekonspirację, skoro publiczność na tego rodzaju procesach była starannie dobierana i sprawdzana. Raczej nie jest też wiarygodne zachowanie „Lasa”, który na oczach publiczności, po ciężkim śledztwie (widać sine paznokcie) „puszcza wiązankę” składowi sędziowskiemu. Do udziału w stalinowskim procesie pokazowym dopuszczano ludzi ostatecznie i całkowicie złamanych, co pozwalało uniknąć podobnych niespodzianek. To jednak dopiero początek. Oto bowiem w drodze powrotnej do Warszawy partyzanci NZW na koniach doganiają i zatrzymują pociąg, którym jadą sędziowie i prokuratorzy wojskowi, a następnie na oczach pasażerów likwidują ich przy torze kolejowym. Akcja pokazana w filmie jest całkowicie fikcyjna. W rzeczywistości oddział „Roja” napadał kilkakrotnie na pociągi i stacje kolejowe (np. 29 listopada 1949 roku w Gołotczyźnie, gdzie partyzanci uśmiercili pracownika WUBP w Ciechanowie i oficera politycznego LWP, czy 28 sierpnia 1950 roku w Pomiechówku, gdzie zginęło z rąk ludzi „Roja” dwóch pracowników SOK i dwóch milicjantów), jednak nie udało mu się w ten sposób pomścić „Lasa”. Sędzia, który skazał „Lasa” na karę śmierci, Mieczysław Widaj, zmarł śmiercią naturalną w 2008 roku. Oczywiście pomysł, by ukrywający się w lesie partyzanci tropieni przez KBW i UB utrzymywali konie, to również wytwór fantazji.

Zalewskiemu nie zależy na wiernym odtworzeniu przebiegu wydarzeń – to po prostu nie jest celem tego filmu. W pierwszej minucie obrazu zostajemy uczciwie poinformowani, z czym będziemy mieli do czynienia, bowiem plansza otwierająca film zawiera informację, że fabuła wprawdzie nawiązuje do prawdziwych wydarzeń i postaci, lecz stanowi rodzaj hołdu oddanego całemu pokoleniu. Pomijając fakt, że wobec mikrej liczebności całego podziemia antykomunistycznego w Polsce w latach 1944-1950 (ok. 150 tysięcy) trudno mówić o „wyklętym pokoleniu”, dostajemy od razu informację, gdzie przebiegać będą w filmie linie podziału między dobrem i złem. Skoro bowiem Polska, jak czytamy, znajduje się pod „okupacją komunistyczną”, nie ma najmniejszej wątpliwości, że każdy, kto pójdzie na współpracę z reżimem, to zdrajca i „płatny pachołek Rosji” oraz, dodajmy, sam jest winien tego, co go spotka. Sprawiedliwość wymierzą mu ci, którzy w filmie walczą przeciwko sowietyzacji Polski i wyglądają jak zbawienia wybuchu III wojny światowej. Wszak „dobry czerwony to martwy czerwony”. Czyż trzeba to dodatkowo uzasadniać? – zdaje się przekonywać Jerzy Zalewski. Inaczej niż w rzeczywistości, gdzie nieraz szeregowi żołnierze  celowo pozwalali partyzantom ujść z życiem z okrążenia, (niekiedy sami grupowo uciekali „do lasu”), a członkom narodowej partyzantki po krótszym lub dłuższym stażu w UB zdarzało się wracać do konspiracji (chociażby Józef Kuraś „Ogień” czy Antoni Żubryd „Zuch”), w filmie światy partyzantów i ich przeciwników dzieli nieprzenikniona bariera. Pokazuje się nam pięknych i młodych, tęskniących za normalnym życiem żołnierzy NZW w walce przeciwko złym, wiecznie pijanym i sypiącym przekleństwami ubekom. Nawiasem mówiąc, żołnierze NZW w filmie również piją spirytus i nawet uprawiają seks, przeklinają jednak znacznie mniej.

Zalewski stara się tworzyć legendę „Roja”: mściciela, postrachu milicjantów i ubeków, obiektu podziwu mieszkańców Mazowsza i obiekt pożądania płci pięknej. Przedstawia go jako mazowieckiego Robin Hooda, który w przebraniu milicjanta czy ubeka potrafi przechytrzyć wielokrotnie silniejszego wroga. Postać tytułową gra Krzysztof Zalewski-Brejdygant, uderzająco podobny do „Roja”, co stanowi chyba jego największą zaletę. Można mieć pretensje do piosenkarza (nawiasem mówiąc, zwycięzcy „Idola”) o słabą grę aktorską, ale za wiele pola do popisu nie daje mu scenariusz. Większość czasu na ekranie „Rój” spędza, wykonując lub nakazując egzekucje bezbronnych ludzi (co prawda, są to członkowie PPR i funkcjonariusze UB lub ich współpracownicy). Wielokrotnie wygłasza również drętwe przemowy pełne patriotycznych frazesów. Ani razu (!) w filmie nie widać „Roja” planującego akcję czy zagrzewającego ludzi do walki, budującego swój autorytet. „Rój” zostaje przygnieciony przez Zalewskiego brzemieniem pomnikowości; gdzieś giną jego człowiecze cechy, jego rozterki czy wątpliwości. Jest po prostu sztuczny. Paradoks „Historii Roja” polega na tym, że najbardziej zapadającą w pamięć kreację stworzył w tym filmie Piotr Nowak grający byłego partyzanta NZW i oficera UB Wyszomirskiego.  Wiarygodnie rekonstruowany został też klimat ubecko-milicyjnych pijatyk.

W matni

W „Historii Roja”, zwłaszcza w scenie przysięgi nowych członków NZW, widzimy, że drugą konspirację tworzą straceńcy, ludzie, których szansa na normalne życie bezpowrotnie przepadła. Wobec miażdżącej przewagi przeciwnika walka nie ma sensu wojskowego, wojsko, UB i milicja depczą partyzantom po piętach, a pętla wokół głównego bohatera zaciska się powoli, ale nieuchronnie. Film wiarygodnie przedstawia proces degradacji oddziału partyzanckiego. Początkowo jest on fragmentem zorganizowanej siły zbrojnej, po czym stopniowo wskutek serii aresztowań i walk zostaje zredukowany do postaci „ostatniej partii szlacheckiej na Mazowszu”, rozbitej, okrążonej, której jedynym celem staje się śmierć z bronią w ręku. Dobrze ukazany został również zmieniający się stosunek ludności cywilnej do walki partyzantów z komunistycznym wojskiem i milicją. Początkowo serdeczni i pomocni ludzie odwracają się od żołnierzy NZW, widząc, że ich śladem kroczą nieszczęścia i represje, a  dalsza walka powoduje tylko zbędny rozlew krwi. Gdy w Nasielsku 15 stycznia 1951 roku podczas napadu na bank „Rój” i „Mazur” wznoszą okrzyki „Niech żyje Polska”, odpowiada im głuche milczenie. Jest to jedna z najbardziej wymownych scen w filmie.

like-348x175

„Historia Roja” próbuje ukazać rozterki ludzi pozostających w podziemiu, szczególnie wobec amnestii 1947 roku. Ujawnić się czy nie ujawnić? Zaryzykować śmierć w komunistycznym więzieniu czy pozostać w lesie, gdzie śmierć jest pewna? Szczególnie widoczne są te rozterki w scenie, w której dowódca okręgu XVI NZW Zbigniew Kulesza „Młot” zezwala żołnierzom na ujawnienie się władzom (sam również postanawia się ujawnić dla dobra swoich dzieci). Propozycja „Młota” spotyka się od razu z ostrą repliką „Lasa” i spuentowana zostaje trzykrotnym okrzykiem „zdrada”. W ten sposób reżyser ani nie pozostawia cienia wątpliwości co do własnych zapatrywań w tej sprawie, ani nie daje możliwości zajęcia stanowiska widzowi. Przy okazji, raczej nie do pomyślenia jest w jakimkolwiek oddziale wojskowym, by w obecności żołnierzy podwładny w podobny sposób „odpyskował” przełożonemu.

Sen o wojnie

Jeśli chodzi o walory artystyczne filmu, to niestety nie jest dobrze. Film jest długi (prawie 2,5 godziny; pierwotna wersja była jeszcze dłuższa) i wyjątkowo niespójny: mamy kłopot z odróżnieniem poszczególnych postaci, zrozumieniem ich motywacji, trudno się zorientować w przebiegu wydarzeń, połączyć porwane wątki. Sprawia to wrażenie obcowania ze stertą rozsypanych fotografii, pojedynczych scen, które nie łączą się ze sobą w całość. W czasie zdjęć (ukończonych już w 2010 roku!) nakręcono mnóstwo materiału, jednak zmontowanie z nich spójnego filmu mieszczącego się w ustalonych ramach czasowych chyba reżysera przerosło. Pozostaje mieć nadzieję, że zapowiadany serial o „Roju” okaże się sprawniej opowiedziany.

Sceny batalistyczne, które stanowią lwią część „Historii Roja”, są niestety dramatycznie słabe. Wielokrotnie oglądamy na ekranie chaotyczne strzelaniny, w których trudno się zorientować, kto do kogo i dlaczego strzela, trup za to ściele się gęsto. Walk jest sporo, są do siebie podobne i zwyczajnie nużą. Szczytem nieudolności montażowej jest długa sekwencja ukazująca akcję na cukrownię w Szczukach na jesieni 1946 roku, następujący po niej odwrót i walkę z grupą operacyjną KBW. Czasem oglądamy starcia sfilmowane w zwolnionym tempie czy ujęcia kręcone „z ręki”. Środki te sprawiają jednak wrażenie użytych przypadkowo i wprowadzają dodatkowy chaos.

Zalewski nie stroni od scen symbolicznych, balansujących na granicy kiczu lub nawet je przekraczających, chociażby wykorzystane w zwiastunie starcie partyzanta na koniu z ubekiem i milicjantem w samochodzie terenowym. Swoje miejsce w opowieści mają również sceny oniryczne, pełne dziwacznych dźwięków i obrazów. Gorączkowe wizje „Roja” pogrzebanego żywcem w ziemi to jedne z najmocniejszych fragmentów filmu.

„Historia Roja” mimo swojego mitologizującego charakteru próbuje stwarzać wrażenie autentyczności. Większość scen nakręcono w lasach, wsiach i miasteczkach północnego Mazowsza, gdzie rozgrywa się akcja filmu. Innym smaczkiem tego rodzaju jest pojawienie się w jednej ze scen nieżyjącego już towarzysza broni „Roja”, Karola Świąteckiego, pseudonim „Głóg”, kwatermistrza oddziału.

Przy bliższym przyjrzeniu się filmowi wychodzą na jaw spore niedostatki budżetowe. Większość akcji rozgrywa się w zamkniętych pomieszczeniach znajdujących się w mniej lub bardziej zaawansowanym stadium rozpadu. Wąskie korytarze, duszne kazamaty, sterty cegieł, ruiny – mimo wszystko jakoś się jednak bronią, nadając filmowi rys postapokaliptyczny. Biorąc pod uwagę stopień zniszczeń wojennych w Polsce, masowe ruchy ludności i doświadczenie „końca świata” przez wielu ludzi wydaje się, że stanowią one właściwe tło dla opowieści o “Roju”. Ograniczony budżet uwidacznia się również w sposobie pokazywania maszyn w filmie, gdyż wielokrotnie oglądamy te same pojazdy (Opla Blitza, jeepa, czarnego Citroena Tracion Avant – „no kto jeździ w Polsce czarną cytryną?!” – pyta w filmie pewien funkcjonariusz UB). Raz czy dwa możemy dostrzec w tle jeżdżącą replikę samochodu pancernego BA-64 i działo samobieżne SU-76. Oprócz pojazdów wojskowych w filmie zobaczymy też poruszający się o własnych siłach egzemplarz pierwszego zaprojektowanego i wyprodukowanego po wojnie modelu ciągnika Ursus C-45.

Podsumowując, mimo wielu niedociągnięć mamy do czynienia z prawdziwym filmem fabularnym, a nie „wyrobem filmopodobnym”, jak w przypadku „Pileckiego” Mirosława Krzyszkowskiego, gdzie w scenach fabularnych ciasnota kadrów, ubogość dekoracji, słabość gry aktorskiej i nachalny dydaktyzm są trudne do zniesienia. To, że nie jest tragicznie, to niestety marne pocieszenie.

„Historię Roja” z całą pewnością warto zobaczyć, choćby po to, by wyrobić sobie o własne zdanie o wizji zaprezentowanej w tym filmie. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to dzieło, które by pozwalało pogłębić wiedzę o podziemiu antykomunistycznym, o motywacjach czy rozterkach jego członków. Zbyt wiele w nim czarno-białych podziałów i powielania znanych schematów. Pod względem artystycznym nawet wielbiciele tematyki Żołnierzy Wyklętych, którzy chętnie obejrzą każdy film gloryfikujący partyzantkę obozu narodowego, mogą poczuć się nieco rozczarowani. Pozostaje mieć nadzieję, że „Historia Roja” utoruje drogę kolejnym produkcjom, lepszym pod względem technicznym i być może bardziej wyważonym w tonie.

Komentarze
  1. Aleksandra Wierzchowska
  2. Michał Szafran Michał Szafran
  3. Ka3or
  4. Michał Szafran szafran
  5. Ka3or
  6. Michał Szafran Michał Szafran
  7. Bilbo
  8. Michał Szafran Michał Szafran
  9. Marcin Mokrosiński
  10. Michał Szafran Michał Szafran
  11. Tomek
  12. Bilbo
  13. Michał Szafran Michał Szafran
  14. Michał Szafran Michał Szafran
  15. Bilbo

Opublikuj swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Aby dodać komentarz wpisz kod widoczny na obrazku