Ewakuacja Dunkierki – Burza nad Atlantykiem, Tom II

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Oskar przedstawiamy Państwu przedpremierowy fragment książki “Burza nad Atlantykiem. Tom II”, której autorami są Andrzej Perepeczko i Wawrzyniec Markowski.

W dniu 19 maja (1940 roku, przyp. red.), po przełamaniu przez Niemców kolejnych linii oporu sprzymierzonych i wskutek błyskawicznego marszu czołgów w kierunku morza, z kwatery generała Johna Gorta (lepiej znanego jako Lord Gort), dowódcy Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego we Francji nadeszła do Londynu sugestia konieczności ewakuacji w najbliższym czasie wojsk brytyjskich z kontynentu.

Początkowo w rejonie odciętych przez Niemców wojsk sprzymierzonych znajdowały się trzy duże porty, leżące nad kanałem La Manche. Były to: Boulogne, znajdujący się w odległości niespełna 30 mil od angielskich portów Folkestone i Dover, następnie Calais, położone najbliżej brzegów Wielkiej Brytanii, bo w odległości zaledwie 20 mil od Dover, i wreszcie Dunkierka, oddalona od Dover o 39 mil. Należało zatem za wszelką cenę utrzymać te trzy porty „ostatniej nadziei”. Niemcy jednak parli niepowstrzymanie dalej i pod wieczór 22 maja czołgi 2. Dywizji Pancernej dotarły do Boulogne, które zostało wkrótce otoczone i odcięte od wojsk zamkniętych we „flandryjskim worku”. Tego samego dnia o godz. 05.20 z Dover do tego portu zostały wysłane statki „Biarritz” (2388 BRT) i „Queen of the Channel” (1162 BRT), wiozące kompanię przeciwpancerną i jedną kompanię 69. Pułku Przeciwpancernego w eskorcie niszczycieli „Whitshed” i „Vimiera”. Transportowani żołnierze mieli wspomóc francuskich obrońców Boulogne. Po dotarciu na miejsce „Whitshed” przyjął na pokład uchodźców, a obydwa parowce łącznie 800 członków personelu wojskowego, którzy mieli powrócić do Dover.

Andrzej Perepeczko, Wawrzyniec Markowski,  Burza nad Atlantykiem. Tom II

Andrzej Perepeczko, Wawrzyniec Markowski, Burza nad Atlantykiem. Tom II

Niemcy zaraz następnego dnia przystąpili do ataku na oblężone miasto przy użyciu lotnictwa, czołgów i piechoty. W tej sytuacji do Boulogne wysłano z Anglii niszczyciel „Vimy”, który przywiózł 200 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, by przygotować i przeprowadzić ewakuację przybyłych zaledwie poprzedniego dnia żołnierzy.

W ślad za „Vimy” wiceadmirał Bertram H. Ramsay, dowódca brytyjskich sił morskich w Dover (odpowiedzialny za obszar wybrzeży francuskich od Dieppe po Holandię), wysłał do Boulogne dwa niszczyciele: „Keith” i „Whitshed”, mające przeprowadzić całkowitą ewakuację Brytyjczyków, gdyby zaszła taka potrzeba.

Gdy niszczyciele brytyjskie wchodziły do portu, spotkał je tam bardzo silny ogień artylerii niemieckiej oraz bezustanne ataki Luftwaffe. Podczas nalotu na mostku „Keith” zginął dowódca niszczyciela, kmdr David James Robert Simson (oraz siedmiu marynarzy, a 28 marynarzy i oficerów odniosło rany), a dowódca „Vimy” kapitan Colin George Walter Donald został śmiertelnie ranny.

Wobec naporu Niemców i nieuchronnego zdobycia przez nich miasta i portu oddziały saperskie przystąpiły do niszczenia wszystkiego, co mogło przydać się nieprzyjacielowi i służyć do następnego, nieuchronnego, jak się wydawało, kroku czyli inwazji na Wielką Brytanię — „wyspę ostatniej nadziei”.

Wkrótce po wyjściu „Keith” i „Whitsheda” z Dover wiceadmirał Ramsay podjął decyzję wycofania brygady gwardii z Boulogne i w tym celu wysłał dodatkowo trzy niszczyciele: „Vimiera’ę”, „Venomousa” i „Venetia’ę”. Okręty te weszły na redę Boulogne o godzinie 13.30  podczas bardzo silnego nalotu niemieckiego lotnictwa. Dowódca niszczyciela „Whitshed”, komandor porucznik E.R. Conder, zameldował admirałowi Ramsay’owi, że wejście do portu bez odpowiedniej ochrony własnego lotnictwa jest bardzo ryzykowne dla niszczycieli. Po niecałej godzinie nad portem pojawiły się wreszcie myśliwce brytyjskie i jednocześnie nadszedł niszczyciel „Wild Swan”, i dopiero wtedy „Whitshed” i „Vimiera” weszły jako pierwsze do Boulogne.

Oddziały Walijskiej oraz Irlandzkiej Gwardii i piechoty morskiej czekały już na wybrzeżu. Na oba okręty zaokrętowano po około 1000 żołnierzy i o 20.00 niszczyciele wyszły w morze, a na ich miejsce weszły do portu „Wild Swan”, „Venomous” i „Venetia”. Spotkały się one z bardzo silnym ogniem niemieckim, w efekcie którego „Venetia” została uszkodzona, a jej dowódca ranny. Niszczyciel wycofał się więc z portu z powrotem na redę, a pozostałe dwa okręty po przyjęciu na pokłady 900 żołnierzy wyszły w morze o 21.30 i dotarły bez przeszkód do Dover, podobnie jak dwa poprzednie niszczyciele.  O 22.30 do Boulogne dotarł niszczyciel „Windsor”, który zabrał 600 żołnierzy, w tym wielu rannych oraz saperów, wypełniających swoje zadania.

Ewakuacja jednak nie była jeszcze zakończona i w Boulogne pozostała liczna grupa brytyjskich żołnierzy. Wiceadmirał Ramsay wysłał w nocy jeszcze dwa niszczyciele: „Vimiera’ę”, który zdążył przetransportować do Dover pierwszy tysiąc żołnierzy oraz „Wessex”. Do Boulogne dotarła jedynie „Vimiera” tuż po północy w dniu 24 maja. O 02.45 na niszczycielu znalazło się aż 1400 żołnierzy. Na więcej nie było miejsca, a i tak okręt został niebezpiecznie przeładowany. Mimo to, głównie dzięki dobrej pogodzie i sprzyjającym ciemnościom nocnym, okręt dopłynął szczęśliwie do Dover. Ogółem z Boulogne zostało ewakuowanych 4360 żołnierzy. W oblężonym porcie pozostało jeszcze około 300 żołnierzy Gwardii Walijskiej, których nie zdołano w ciągu nocy wyekspediować na drugą stronę kanału.

Rankiem Francuzi zostali w Boulogne praktycznie osamotnieni i gdy Niemcy przypuścili szturm, atakując wały obronne brawurowo — jak za dawnych wojen — na drabinach, zdemoralizowane ciągłym odwrotem i panującym bałaganem wojska francuskie poddały się po kilku godzinach walk ulicznych.

Wspierając walki w Boulogne, Marine Nationale straciła wskutek ataków lotniczych dwa niszczyciele: 23 maja „Orage” (kmdr ppor. Roger Vincent Marie Viennot De Vaublanc) i 24 maja „Chacal” (kmdr por. Jean Emile Noel Estienne), a dwa inne: „Fougueux” (kmdr por. E. E. Y. Poher) i „Frondeur” (kmdr por. H. L. Alix) doznały uszkodzeń — „Frondeur” w tym samym ataku, w którym zginął „Orage”, a „Fougueux” w tym samym, w którym został zatopiony „Chacal”.

Boulogne padło… Odciętym w „worku flandryjskim” blisko półmilionowym żołnierskim tłumom pozostały jedynie dwa porty — zarówno dla zaopatrzenia, jak i dla ewakuacji — Calais i Dunkierka. […]

Operacja „Dynamo”

Niedziela, 26 maja 1940 r.

Tego dnia o godzinie 18.57 w gmachu Admiralicji brytyjskiej w Londynie zapadła decyzja wykonania operacji „Dynamo”, czyli ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego pod dowództwem generała Lorda Gorta z okolic Dunkierki do Anglii.

Dunkierkę z portem Dover łączyły trzy trasy. Trasa Z to najkrótsza droga łącząca Dunkierkę z Dover, licząca 39 mil morskich. W pierwszej swej części biegła wzdłuż francuskiego brzegu, przeciskała się między płyciznami przybrzeżnych mielizn, mijała schowany nieco w głąb lądu Gravelines, by potem koło Calais skręcić prosto do widocznego po drugiej stronie cieśniny Dover. Była to najkrótsza droga dla statków i okrętów mających ewakuować Anglików z kontynentu europejskiego. Najkrótsza, ale czy najlepsza, czy najbezpieczniejsza?

Przecież dokładnie o tej samej porze, niemal co do godziny, Niemcy wkraczali do Calais. Tym samym zyskali kolejny port, który mógł być bazą ścigaczy, atakujących skutecznie alianckie statki i okręty, zyskali tereny do zamontowania baterii dział. Tym samym najkrótsza trasa Z stała się automatycznie trasą największego zagrożenia. Pozostały jeszcze — co prawda — trasy Y i X, ale były one znacznie dłuższe i niemal równie niebezpieczne.

Już na kilka dni przed niedzielną decyzją Admiralicji — 19 maja 1940 r. — generał Gort przekazał do ministra wojny, sir Anthony’ego Edena, propozycje dotyczące planu ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego z Francji do Wielkiej Brytanii. Już 19 maja, a więc jeszcze w czasie, kiedy niemieckie dywizje pancerne nie dotarły do morza, kiedy jeszcze nie zamknęły się hitlerowskie stalowe kleszcze. I od tego właściwie dnia dowódca Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego czynił wszystko, aby wycofać z francuskich pól bitewnych jak najwięcej swoich żołnierzy.

W celu częściowego zmniejszenia składu Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego na terenie Francji i Belgii, co mogło ułatwić ewentualną proponowaną jego ewakuację, generał Lord Gort wydał 20 maja na własną odpowiedzialność rozkaz wyekspediowania do Anglii zbędnych — jego zdaniem — oddziałów pomocniczych. Dzięki temu do momentu rozpoczęcia właściwej ewakuacji w ramach operacji „Dynamo”, to jest do godziny 18.57, 26 maja, wysłano na drugą stronę kanału La Manche łącznie 27 936 żołnierzy. Liczbę tę skrupulatnie notowano, licząc w angielskich portach docelowych schodzących na ląd członków Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego.

Dowodzący w Dover wiceadmirał Ramsay pod wpływem dramatycznych wiadomości, nadchodzących z „worka flandryjskiego”, już na cztery godziny przed otrzymaniem rozkazu wykonania operacji „Dynamo” skierował do Dunkierki pierwsze statki transportowe po wojsko. Były to: statek pasażersko-pocztowy „Maid of Orleans” (2386 BRT) i prom kolejowy „Canterbury” (2910 BRT), które z Dover do Dunkierki przeprowadził niszczyciel HMS „Wild Swan”. Rozkaz Admiralicji zastał je już w porcie załadunkowym. Rankiem następnego dnia „Wild Swan” przeprowadził wspomniane statki — do których w Dunkierce przyłączyła sie jeszcze „Mona’s Queen” (2756 BRT) do Dover, natomiast francuski parowiec „Rouen” (1182 BRT) udał się do Cherbourga. Dzięki temu już o godzinie 22.30 pierwszego wieczoru operacji pierwsi ewakuowani z Dunkierki brytyjscy żołnierze zostali wyokrętowani w Dover. […]

Poniedziałek, 27 maja 1940 r.

Komandor William Tennant, wyznaczony poprzedniego dnia na morskiego dowódcę operacji „Dynamo”, przybył do Dunkierki dopiero około godz. 18.00, 27 maja na pokładzie niszczyciela „Wolfhound”.

Już z daleka widoczna była wisząca nad miastem ciemna chmura dymu. W chmurze tej raz po raz błyskały jaskrawe ognie wybuchów i przeświecały łuny pożarów. Podejście do portu utkane było wrakami. Jednym wystawały jedynie rozdarte wybuchami bomb nadbudówki, inne ukazywały nad wodą tylko wierzchołki masztów i kominów.

Dowódca niszczyciela ostrożnie i bardzo wolno podchodził do brzegu. U wejścia do portu leżał wrak jakiegoś statku. Złamany wybuchem maszt opierał się o drewniane pale mola. Komandor Tennant rozkazał opuścić na wodę motorówkę, która wpłynęła do portu. Na miejscu przesondowano głębokość oraz zmierzono odstępy między wrakami i ostatecznie Tennant zdecydował, że mniejsze gabarytami jednostki muszą wejść do basenu portowego i tu okrętować wojsko, w przeciwnym bowiem wypadku ewakuacja będzie przebiegać niezwykle opieszale, a ostatecznie nie wiadomo, ile czasu jeszcze pozostało. Należało się spodziewać, że będzie go raczej bardzo mało. Zasygnalizowano zatem reflektorem do dwukominowego promu średniej wielkości rozkaz ostrożnego wejścia do portu.

Statkiem tym była „Queen of the Channel” 26, nowoczesny motorowy prom pasażerski, który w latach pokoju przewoził ponad tysiąc pasażerów na krótkich trasach morskich, głównie w poprzek kanału La Manche. Po bardzo ostrożnych manewrach prom dobił łagodnie do drewnianej ostrogi wschodniego molo. Błyskawicznie przerzucono kilka trapów na nabrzeże i na statek począł wchodzić długi sznur czekających dotychczas na plaży żołnierzy.

Oficerowie z „Queen of the Channel” liczyli wchodzących. Już dawno przekroczone zostały dopuszczalne ilości pasażerów. Jeszcze nigdy w ciągu swej służby poczciwa „Queen of the Channel” nie miała takiego kompletu. Już nie było dosłownie ani jednego metra kwadratowego wolnej przestrzeni na pokładach ani w pomieszczeniach.

— Odbijać, jak najszybciej odbijać! Żeby zrobić miejsce dla innych statków. — Tennant zapomniał o śnie, o posiłkach. Zbliżała się noc, trzeba było wykorzystać ciemności, chroniące choć przez kilka godzin przed wszędobylską Luftwaffe. „Queen of the Channel” przepełniona wojskiem odbija od wschodniego mola. Statek rusza w krótką, ale niebezpieczną drogę do Dover, leżącego po drugiej stronie wąskiej, lecz najeżonej mieliznami i zagrodami minowymi cieśniny. W połowie drogi po lewej burcie zaciemniony statek mija dwa szare, niewidoczne prawie w mroku cienie. To niszczyciele idące kontrkursem płynące do Dunkierki. […]

Środa, 29 maja 1940

Komandor Ralf Fisher, dowódca niszczyciela „Wakeful”, stał na mostku swego okrętu już ósmą godzinę bez przerwy. Niszczyciel od poprzedniego dnia brał udział w akcji ewakuacyjnej. Tego dnia, 28 maja zrobił jeden rejs, przewożąc do Dover 600 żołnierzy z Dunkierki. Żeby można było zabrać taką liczbę pasażerów na okręt, a jednocześnie nie naruszyć stateczności niszczyciela, komandor Fisher zdecydował się wyrzucić w morze wszystkie posiadane torpedy z sześciu wyrzutni ustawionych na pokładzie między drugim kominem a rufowymi działami. Usunięto też za burtę cały zapas bomb głębinowych, tak że w tej chwili niszczyciel posiadał jedynie uzbrojenie artyleryjskie.

Do Dunkierki „Wakeful” wszedł już w czasie nocnych ciemności. Z trudem wymanewrowano na wolne miejsce przy wschodnim molo. Załadunek odbył się szybko i sprawnie. Na pokład weszło 640 żołnierzy z Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego. Komandor Fisher zdecydował się na zabranie tak dużej liczby żołnierzy — razem bowiem z załogą miał obecnie 774 ludzi na pokładzie — ponieważ w czasie przejścia z Dover morze było spokojne, a pogoda prawie bezwietrzna.

Z portu ostrzeliwanego przez niemiecką artylerię wyszli parę minut po północy. Rozpoczynał się następny dzień — środa, 29 maja 1940 r. Komandor z trudem rozróżniał w panujących ciemnościach — niebo bowiem było silnie zachmurzone — kłębiący się na pokładzie tłum żołnierzy.

— Nadać rozkaz o opróżnieniu pokładów — zdecydował. — Niech wszyscy zejdą do dolnych pomieszczeń.

Dochodziła godzina 00.30, gdy nagle komandor Fisher dojrzał dwie jasne smugi piany, zbliżające się prosto w kierunku niszczyciela. W kilkanaście sekund później w pędzący niszczyciel uderzyła torpeda, którą wystrzelił ścigacz S 30 pod dowództwem porucznika Zimmermanna.

Komandor poczuł, jak olbrzymia siła rozrywa jego okręt na dwie części, jak pomost ucieka mu spod nóg w dół. Chciał złapać się czegoś, lecz podmuch rzucił go z całym impetem na poręcz, przerzucił przez nią i cisnął w ciemną przestrzeń. Komandor stracił przytomność.

Ocuciło go zimno wody. Otworzył oczy. W odległości kilkunastu metrów, w jaskrawym świetle wystrzelonej przez któryś z okrętów rakiety, sterczały w górę w nienaturalnym geście wysoko podniesione rufa i dziób. Środek nie istniał, zapadł się w dół, znikł pod skotłowaną wodną topielą.

— Co z ludźmi pod pokładem? — pomyślał przerażony komandor.

Rakieta zgasła, a wraz z nią znikł sprzed oczu komandora tragiczny widok. Pas ratunkowy unosił go na wodzie, a wiatr i prąd spychały w kierunku błyskającego ogniami wybuchów brzegu.

Po godzinie dopiero komandor — dobrze już odrętwiały z zimna — dojrzał w pobliżu ciemną sylwetkę jakiegoś statku. Błysnęło światło reflektora, prześliznęło się po wodzie, wyłowiło swym snopem głowę komandora. — Żeby tylko zauważyli — podniósł w górę rękę. Obcy statek zbliżał się. Na wyrzuconej za niską burtę sieci przyczepione dwie sylwetki. Pomocne ręce wyciągają osłabionego komandora z wody. Jest uratowany! Gorący łyk herbaty parzy usta. Teraz szybko zdjąć przemoczone, ziębiące ubranie…

Komandora Fishera i nielicznych rozbitków z niszczyciela „Wakeful podniosły z wody dwa statki: pomocniczy stawiacz sieci „Comfort”(60 BRT) i trałowiec „Gossamer”, i skierowały się do Dover. Po pół godzinie „Comfort” i „Gossamer” dołączyły do niszczyciela „Grafton” i trałowca „Lydd”.

Komandor Fisher, osłabiony przeżyciami i przeszło godzinną kąpielą w wodzie, zasnął w mesie trawlera. Nagle grzmot bliskiej eksplozji poderwał go na nogi. Druga eksplozja o mało nie zwaliła go z nóg.

— Co się stało? — rzucił dowódcy „Comforta”.

— Chyba storpedowali „Graftona”.

— Znowu? Czyż ta koszmarna noc nigdy się nie skończy?

Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. Oto komandor Fisher i stojący obok niego marynarze dostrzegli, jak uszkodzony niszczyciel, przechylony mocno na lewą burtę, skręca i otwiera ogień.

— Do kogo oni strzelają?! — komandor dostrzegł błyski salw na wprost trawlera „Comfort”. W pobliżu jego burty podniosły się fontanny wybuchów.

— Przecież oni wyraźnie celują w nas! — zrozumiał nagle przerażony. Wyskoczył na górny pokład. Jak oszalały, zaczął wymachiwać zdartą z ramion bluzą piżamy. — Na Boga, przestańcie strzelać! Jesteśmy Anglikami!

Nikt go jednak nie słyszał. Pociski rozrywały nadbudówki nieszczęsnego „Comforta”, szarpały ciała zrozpaczonych rozbitków, którzy uratowani z jednego piekła wpadli w drugie.

Do strzelającego „Graftona” dołączył się trałowiec „Lydd”. Pokład „Comforta” spływał krwią. Pozbawiony steru, rozstrzeliwany przez własne okręty, trawler zaczął tonąć. Jakby nie dość tego, dowódca „Lydda”, sądząc, że mści się za uszkodzenie „Graftona”, skierował swój okręt na kadłub tonącego trawlera. Rozległ się zgrzyt dartych blach i ostry dziób przeciął nieomal na pół „Comforta”. Z pokładu „Lydda” poczęli skakać w dół marynarze, chcąc wziąć do niewoli niemiecką — jak mniemali — załogę. Jakie jednakże było ich zdumienie i przerażenie, gdy leżący na pokładzie, prawie nagi, ciężko ranny człowiek odezwał się po angielsku.

— Coście na Boga zrobili? Przecież my jesteśmy rozbitkami z „Wakeful”. A to angielski trawler „Comfort”.

Tymczasem kilka mil od miejsca tragicznej pomyłki rozgrywał się ostatni akt dramatu „Wakeful”. Wbrew opinii wyrażonej przez dowódcę „Comforta” obie połówki rozdartego niszczyciela nie zatonęły i jakimś cudem trzymały się jeszcze, stercząc w górę nad powierzchnią wody. Nad ranem na wrak niszczyciela natknął się stary i węglem jeszcze opalany trałowiec „Ross”. Bosman Walkers dostrzegł nagle wyłaniające się z porannej mgły pływające szczątki.

— To „Wakeful” — poznał tonący okręt.

„Ross” zbliżył się do wraku niszczyciela. „Wakeful” wyraźnie tonął. Powoli pogrążał się coraz głębiej w wodzie. Nagle bosman dosłyszał dobiegające z „Wakefula” wołanie o pomoc.

— Tam są ludzie! — dowódca „Rossa”, komandor porucznik James Apps, przytknął lornetkę do oczu.

Przez małe — za małe, żeby się przez nie przecisnąć — iluminatory wystawały ręce uwięzionych we wnętrzu tonącego stalowego pudła ludzi.

— Nie możemy im pomóc — stwierdził komandor Apps. — Jeszcze parę minut i utonie całkowicie. Ani podejść bliżej, ani wziąć na hol.

W tym momencie cała rufa nagle osunęła się w głąb wody. Już tylko zadarte w górę stery i obnażone śruby połyskiwały we mgle.

— Oni toną — stwierdził bosman Walkers.

— Toną — przytaknął komandor. — Co za straszna, powolna śmierć. Jedyne, co możemy dla nich zrobić, to skrócić im męki. Nie daję wam tego rozkazu. Nie mogę go dać — odwrócił się do artylerzysty — ale jeżeli działa odpalą, nie wyciągnę z tego żadnych konsekwencji.

Zapadło milczenie. Wszyscy na pokładzie „Rossa” patrzyli ze ściśniętymi gardłami na powolną agonię kolegów.

Nagle za ich plecami rozległ się huk strzału. Jeden, drugi, trzeci. Tonący powoli wrak niszczyciela drgnął i począł gwałtowniej zapadać się pod wodę. Jeszcze jeden celny strzał i otoczony pękającymi na powierzchni bąblami powietrza nieszczęsny „Wakeful” znikł na zawsze z powierzchni morza, zabierając ze sobą w głąb przeszło 600 ludzi.

Komandor Apps podniósł dłoń do hełmu. Wszyscy stojąc obok uczynili to samo. Stali chwilę nieruchomo, wpatrzeni w to miejsce, gdzie przed chwilą znikł okręt.

— 120 obrotów, kierunek Dunkierka — komandor przerwał milczenie. — Załoga na stanowiska.

Powyższy fragment pochodzi z książki “Burza nad Atlantykiem. Tom II”, której autorami są Andrzej Perepeczko i Wawrzyniec Markowski.

Patronat medialny nad książką objął portal historyczny wiekdwudziesty.pl

Opublikuj swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*